Written by 20:54 Rody potentatów przemysłowych, Śląsk i Zagłębie, Zamki i pałace • One Comment

Podróż w tak jakby w nieznane…

To miał być zwykły sobotni dzień, posprzątać w domu, trochę odpocząć, może machnąć jakiegoś grilla… ale nie u nas! My to musimy wybyć gdzieś hen hen w nieznane:) No dobra lubimy taka formę odpoczynku.

To miał być zwykły sobotni dzień, posprzątać w domu, trochę odpocząć, może machnąć jakiegoś grilla… ale nie u nas! My to musimy wybyć gdzieś hen hen w nieznane:) No dobra lubimy taka formę odpoczynku. Pewnie się zastanawiacie (albo i nie) gdzie tym razem byliśmy? Amazońska dżungla?, starożytna Grecja?, w warzywniaku po marchewkę?…. no, nie:) My byliśmy w SOSNOWCU! w poszukiwaniu zamku i nie tylko, ale nie uprzedzajmy faktów u zacznijmy od początku..

Anno Domini 7 VII 2019 roku, czyli nasza wspaniała przygoda zaczęła się od zaspania, no tak często nam się to zdarza w sumie częściej Ani niż mnie:) [ Grrrr nieprawda – Ania{prawda – Tomek}]. W każdym razie na 10 mieliśmy jechać po dziewczyny, bo w dzisiejszej podróżny uczestniczyły moje bratanice. Było szybkie śniadanie i jeszcze szybsza kawa i pojechaliśmy. Tak coś czułem że się spóźnimy, więc wcześniej wysłałem do dziewczyn ostrzegającego smsa. Po prawdzie to moja wina, bo poprzedni tydzień miałem na drugą zmianę no i chciało się pospać. Podróż do Sosnowca, minęła dość szybko i przed 11 byliśmy na miejscu. Trzeba wam wiedzieć, że Ania jest [dużo] lepszym kierowcą więc dlatego w 99% [99,9% – Ania] naszych wypraw ona kieruje, choć zawsze jest średnio zadowolona z tego faktu:)

Na pierwszy ogień naszego zwiedzania, w tym egzotycznym miejscu był pałac przemysłowca, Henryka Dietla. Dotarcie do owego pałacu zajęło nam parę minut, dotarliśmy, pokręciliśmy się trochę, Ania cyknęła parę fotek ja zrobiłem zajawkę na insta…. i właśnie lekki zonk, bo niby pałac otwarty, a niby nie. Ania mówiła że od jedenastej, a była już 11.18…. i jak się okazało mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu [jak zawsze – Ania]. Jakaś pracująca w tym pałacu babka nam otworzyła i powiedziała, że oprowadzanie już trwa “ACHAAA’ pomyślałem i była to głęboka myśl. Nie mitrężąc wiele czasu poszliśmy na pierwsze piętro gdzie była już grupa, spytaliśmy się czy możemy dołączyć, a przewodnik powiedział że tak. Zagadnąłem ile bilet, 15 zeta od osoby, “UHHH” pomyślałem a to już głębokie nie było, ponieważ przed wypłatą jestem, a te grosiki co zostały to na koncie, podobnie u Ani. Cichaczem spytałem dziewczyny czy mają kase, którą parę dni wcześniej kazałem im ze sobą wziąć. Odparły że maja, to dobrze bo one finansowały to zwiedzanie, ale to tym za chwile:)

Jakby opisać wnętrza pałacu oddając całą wielkość… hmm… no nie da się, dlatego Ania wrzuci parę fotek. Najogólniej pałac charakteryzował się tym, że co pokój to inny styl. Nie przeczę że mnie bardzo podoba się taki układ. Szczególnie podobała mi się łazienka, wzorki antyczno-marynistyczne, basen robiący za jacuzzi, no bąbelki we własnym zakresie i kibelek który był obudowany niczym konfesjonał. Pałac został wybudowany za Henryka Dietla – przemysłowca, a umiejscowiony jest przy torach. Dosłownie za oknem ma tory, ponoć kiedyś było to w dobrym guście mieć pałac przy torach, choć stacja jest 1.5 km dalej. Czasy się zmieniają i jakoś obecni nowobogaccy nie chcą mieć domów umiejscowionych dosłownie przy autostradach:) [mieszkając przy DK 78 w Z. wcale się im nie dziwię – Ania]. Dietel po drugiej stronie ulicy wybudował fabrykę, kościół protestancki, bo takiego był wyznania i szkołę. Z ciekawostek mogę wspomnieć, że po wojnie jakiś obrotny oficer wojska polskiego posprzedawał meble z tego pałacu. Przewodnik mówił iż dalej spora część tych mebli znajduje się w prywatnych rękach, oczywiście starają się je odzyskać ale cóż, niektórzy “kolekcjonerzy” życzą sobie za pojedyncze meble wartość 3 pokojowego mieszkania :). Po skończonym oprowadzaniu poszedłem uregulować należności za bilety, kasą od dziewczyn, ale udało mi się dychę utargować. Wdałem się jeszcze w krótką dysputę z przewodnikiem o tym, że może z dwojga złego lepiej że nasz oficer był taki obrotny, bo te meble oryginalne gdzieś tam jeszcze są u osób prywatnych. Gdyby weszła tu czerwona swołocz ze wschodu toby nimi w kominku palili, fakt przewodnik się z tym zgodził. Oczywiście serdecznie zachęcamy by samemu się wybrać i pozwiedzać ów pałac. Ania porobiła jeszcze kilka zdjęć, później zobaczyliśmy na szybko ten kościółek, zamknięty, szkołę też zamkniętą i pozostałości po fabryce, no tam nie było co oglądać i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Widok na elewację od ul. Żeromskiego
Ruiny zakładów Dietla
Budynek kościoła ewangelicko – augsburskiego
Pokój kąpielowy z ciekawą toaletą po prawej.
Wanna w pokoju kąpielowym
Reprezentacyjna klatka schodowa
Sala balowa
Pokój secesyjny
Jadalnia
Pokój w stylu rokokowym

Jako że dopiero było parę minut po 12 a zamek otwierali o 15, a mnie kawa zaczynała dawać się we znaki, stwierdziliśmy kolegialnie że pojedziemy do pewnej znanej sieciówki z jedzeniem, takiej czerwono-złotawej, na posiłek i siku. Zgodziłem się tym chętniej bo Ania fundowała:). Po paru minutach dojechaliśmy, choć po drodze rzuciło nam się w oczy taki mini ogrodo-botaniczne coś, więc po posiłku postanowiliśmy zbadać sprawę. Wchodzimy do sieciówki, wita nas chyba kierowniczka, Ania się pyta o bankomat, a ta kierowniczka mówi że jest po drugiej stronie ulicy ale lipny. Hmm czy może być coś lepszego niż sieciówka w Sosnowcu i zachwalanie lipnego bankomatu…. ano może zakup dwóch kaw przy kiosku, w tej sieciówce nie używając rąk i podanie ich do stołu normalnie restauracja pełną gębą:). Dobra nie będę się rozpisywał o tym, choć bym mógł:)

Tom vs kiosk. 0:1 dla kiosku

Po posiłku udaliśmy do tego mini ogrodu botanicznego – egzotarium czy coś takiego. Normalnie dzicz w środku miasta, dosłownie za to bilety w przystępnej cenie:)[wszyscy czworo weszliśmy za 10 zł – Ania]. Były tam tropikalne rośliny, kolorowe papużki, rybki, węże, jaszczurki, ale nam najbardziej podobały się takie kajmany okularniki czyli mniejsze krokodyle, chyba. Spędziliśmy tam dłuższą chwile, podziwiając ową egzotyczną faunę i florę. Niestety z tego zdjęć nie będzie, tylko kilka komórką i krótki filmik na instagramie.

Kajmany Okularowe

Kolejnym przystankiem na naszej trasie, a dochodziła już 14.30, był jeden z pałaców Schoena, konkretnie Oskara Schoena, również możnego rodu przemysłowców. Problem polega na tym że w owym pałacu znajduje się…. sąd rejonowy, więc se nie pozwiedzaliśmy. Tyle co obeszliśmy go dookoła, podziwiając architekturę, Ania porobiła fotki i w sumie tyle. Oczywiście również polecamy, wart zobaczenia, no chyba że ktoś chce w tygodniu przyjść pozwiedzać sąd:).

Nareszcie po 15 dotarliśmy na Zamek Sielecki w Sosnowcu! Faktycznie, zamek jeden ze starszych w regionie jak głosi historia, a wokoło wieżowce:). Przed zamkiem była wystawa plenerowa fotografii dawnego Sosnowca… i tak na nich było widać czemu miasto zawdzięcza swoją legendę:). Zakupiliśmy bilety znów w przystępnej cenie, bo młodzież szkolna nie płaciła, była jeszcze zniżka dla seniora, ale to trzeba było zsumować wiek nas czworga żeby się załapać:). W każdym razie udaliśmy się na oglądanie galerii zdjęć, z corocznej inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, była ciekawa tak to ujmę. Później udaliśmy się na piętro zamku by podziwiać galerię obrazów…. no i tu nie powie imienia i nazwiska artysty bo zapomniałem, w każdym bądź razie też była ciekawa, taka żywa paleta barw [mocno inspirowana secesją – Ania]. Choć czasem miało się wrażenie, że składa się z niedopasowanych puzzli. Ale i tak była łatwiejsza do interpretacji niż ta nowomodna dzisiejsza sztuka gdzie, dominuje chaos, dekompozycja i kompletny badziew. Zresztą co ja tam wiem o sztuce, szczególnie nowoczesnej po za tym, że mi się nie podoba.

Na sam koniec naszych wojaży ok 16, pojechaliśmy na granicę i to dosłownie bo na trójkąt trzech cesarzy. Tak w czasach rozbiorów była tu granica między zaborcami. Taka tam legenda, zjechali się trzej cysorzy by przybić sobie piątkę i wypić browca na trupie Rzeczypospolitej. Zanim jednak dotarliśmy na to miejsce, musieliśmy przejść ulicą wśród domków działkowych, jak również pod kilkoma słupami z drutami wysokiego napięcia. Czemu to mówię, a taka mała ciekawostka o nas, a raczej o Ani. Moja ukochana żona ma malutką niegroźną fobię, cholernie nie lubi tych słupów i jak tylko zbliżaliśmy się do jakiegoś, momentalnie przyspieszała jak formuła jeden, po czym czekała na nas “po drugiej stronie” tych słupów i marudziła że się wleczemy:). W końcu dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy ludzi biesiadujący, obelisk upamiętniający a także co mnie zdziwiło, czarną i białą Przemszę, które się łączyły w jedną rzekę. No dobra tak naprawdę zdziwiło mnie to, że nie śmierdziało od tych rzek! [i nie było komarów- Ania]. Posiedzieliśmy trochę, Ania pocykała fotki i ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu. Tak nam miną ten sobotni dzień

Oczywiście wszystkich zapraszamy do Sosnowca, by sami się mogli przekonać, że to miasto ma wiele ciekawych miejsc historycznych i nie tylko, do zaoferowania. Oczywiście zapraszamy do komentowania i do zobaczenia na kolejnej wyprawie w znane i nieznane:)

Zdjęcia: Jedyna i niezastąpiona Jedi Master Driver Ania

(Visited 26 times, 1 visits today)
Close