Written by 16:57 Mity i legendy

Bestiariusz powróci…

Bestiariusz opisujący kolorowy świat dawnych słowiańskich wierzeń, w których niejeden wiedźmin by się przypałętał:)

Dziś po długiej nie zawsze zamierzonej przerwie bestiariusz powraca. Bez zbędnego przedłużania stwory na literę C, Ć i Ch, a tu macie link do poprzedniej części jakby kto zapomniał:)

CHOCHLIK – to cholerny upierdliwy duch, który wręcz uwielbiał robić sobie z ludzi jaja. Zamieszkiwał różne komory spiżarnie i inne lamusy. Wyglądem przypominał poczciwego kota dachowca, dlatego pewnie niejedna wkurzona gospodyni widząc szwendające się kocisko po domu, zdzieliła je mokrą szmatą przez grzbiet. Nooo to wtedy była kontra, wnerwiony duszek, rozpierdzielał kosze, tłukł naczynia i strącał z półek jedzenie. Lepiej wiec było go nie wkurzać, nawet jeśli przypominał, złośliwego, kapryśnego i żarłocznego kota:).

CHOWANIEC – kolejny z licznej zgrai stworków żyjących razem z ludźmi. można powiedzieć klasyka, za ciepłe jadło i suchy kąt, pomagały w domowych pracach znosząc różne suweniry najczęściej wysępione by nie rzec zajumane. Aby sobie wyhodować chowańca, trzeba mieć jajko tamagotchi, pamiętający lata 90te wiedzą o co kaman:). Nasi przodkowie mieli swoje własne sposoby, należało pierwsze złożone przez czarną kurę jajo, nosić 9 dni pod pachą. W tym czasie trzeba było unikać kąpieli i… pobożnej modlitwy. Ostatniego dnia z jaja powinien wykluć się chowaniec, ale gwarancji brak. Zdarzali się większy twardziele i przedłużali trzymanie jaj pod pachami przez miesiące! Szczęśliwcom którym się udało, stworek zamieszkiwał za piecem albo w kominie. Tam też należało mu zostawiać jedzenie, jakąś kasze czy ziemniaki. Taka ciekawostka chowaniec jak i większość demonicznych istot, nie znosił soli!

CICHA – była demonem morowego powietrza, na swoje ulubione ofiary wybierała małe dzieci. Najczęściej przemierzała świat pod postacią małej dziewczynki. Tam gdzie przeszła cicha, usychały rośliny, zdychały zwierzęta, a w powietrzu długo unosił się zatęchły odór śmierci. Atakowała znienacka (niczym obstrukcja), cichaczem zbliżała się do bawiących dzieci i te które dotknęła, padały martwe. Następnie cicha znikała równie szybko jak się pojawiła i podążała do kolejnej wsi czy innego dworu, by szukać następnych ofiar.

CMENTARNA BABA – była demonem czającym się nocą w okolicach cmentarzy. Rozgrzebywała groby i rozrzucała kości. Napotkanych wałęsających się po cmentarzu w nocy ludzi, łapała w swoje uzbrojona w pazury łapy i próbowała zaciągnąć pomiędzy mogiły. Wbrew pozorom nie chodziło jej o zaspokojenie chutliwych popędów, a o zaproszenie na obiad… tych nieszczęśników w roli głównego dania. Tak tak kolejny stwór na kontrakt dla Wiedźminów:)

CZARNOKSIĘŻNIK – dla odmiany był to człowiek, który o dziwo… parał się czarną magią. W przeciwieństwie jednak do swej kobiecej wersji… robił to w sposób naukowy! Normalnie co za szowinistyczne świnie:). W młodości pobierał nauki u starszych mistrzów wiedzy tajemnej, później kończył legendarną szkołę dla czarowników i nie nie chodzi mi o Hogward i przez kolejne kilka wieków kształcił się we własnym zakresie. Odprawiane dziwaczne rytuały nie miały szkodzić ludziom, a przybliżyć czarnoksiężnika do poznania natury wszechrzeczy, stworzenia kamienia filozoficznego i takie tam. Można powiedzieć że był “naukowcem”, a za zdobycie wiedzy niedostępnej zwykłym śmiertelnikom, gotów był sprzedać duszę Diabłu! Klasyczny przykład, że nawet godny pochwał pęd do wiedzy, może okazać się zgubny w skutkach. A teraz niespodzianka, najsłynniejszy polski czarnoksiężnik to… mistrz pan Twardowski… no a kogo się spodziewaliście:P

CZAROWNICA – to kobieta dzięki dilowi z samym diabłem posiadła umiejętność rzucania czarów i uroków. Swoje magiczne zdolności wykorzystywała bu szkodzić ludziom, zsyłając na swe ofiary choroby i inne nieszczęścia. Przywoływała gradobicia, zarazy i inne takie atrakcje. Wszystko to robiła za podszeptami Lucyfera. Zresztą ze swoim diablim oblubieńcem spotykały się czarownice, na sabatach. Najsławniejsza polska miejscówa organizowania owych zlotów to Łysa Góra. Ponoć uprawiały tam kompletną rozpustę. Swoją drogą co za dziejowa niesprawiedliwość Czarownik szukał wiedzy, a Czarownica tylko szkodziła ludziom i chędożyła się z Lucyferem. Taka ciekawostka pierwszą czarownice w Polsce spalono w Chwaliszewie koło Poznania w 1511 roku. Ostatni proces o czary odbył się w Doruchowie w 1775 roku, kiedy spalono w czternaście kobiet. Zresztą w Polsce nie płonęły stosy tak często i gęsto jak w Zachodniej Europie.

CZART – to kolejny ze szkodzących ludziom demonów, na liście do ubicia dla wiedźminów (tak wiem powtarzam się;P). Ten kosmaty stwór, w połowie wielki chłop a w połowie kozioł, zamieszkiwał bagna, lasy i nadrzeczne chaszcze. Rzadko pojawiał się w okolicach siedzib ludzkich, a zawsze tylko po to by gnębić prosty lud, zsyłać nań choroby i namawiać do wszelkich bezeceństw. Taka ciekawostka, czart nienawidził nowej chrześcijańskiej wiary. W atakach dzikiej furii próbował niszczyć powstające jak grzyby po deszczu, świątynie. Ciskał w nie wielkimi głazami i tylko dzięki Bożej interwencji, najczęściej pudłował. Śladem po tych próbach są do dziś leżące w pobliżu różnych świątyń całej Polski “czarcie głazy” i związane z nimi lokalne legendy.

ĆMOK – to pochodzący z pradawnych czasów stwór, o którym podania przetrwały w Wielkopolsce, choć i tam nie widziano go od wieków:). Jego skrzydlata, pełna zwierzęcej potęgi sylwetka rozpięta na nocnym niebie straszy już tylko w bajaniach.

ĆMUCH – to enigmatyczna istota, której właściwie nikt nigdy osobiście nie widział… Ten mieszkający w sąsiedztwie jezior, stawów i bagien stworek podobno był wielkości psa, podobna wyglądał jak żaba i podobno miał zakręcony do góry ogonek. Właściwie nie wiadomo jak udało się stworowi unikać ludzkich oczu, podobno miał się ukazywać tylko leniuchom. Kto by chciał być namaszczony na obiboka i jeszcze to rozgłaszać? zapewne tylko głupiec, a opowieściom głupich się nie wierzy. Dlatego nikt nie widział ćmucha na własne oczy:).

CHABERNICA – przechadzała się w południe po polach czy innych miedzach. Wyglądała jak śliczna, ubrana na niebiesko, wysoka smukła kobieta z wieńcem chabrów na głowie. Jak miała dobry humor to wyganiała dzieciaki by te nie deptały kwiatków i młodych zbóż. Chabernica jak to kobietopodobny demon zmienną nature miała, więc jak była na pełnym PMSie rzucała się na ofiarę i łamała z ręce i skręcała karki. Aby uchronić się przed gniewem demonicy należało na Anioł Pański ( w południe jakby kto nie wiedział) zrobić sobie przerwę i przyczaić się gdzieś w cieniu.

CHICHITUN – to kurdupelowaty, owłosiony trefniś o długim ogonie i wielkiej głowie zwieńczonej rogami. Zsyłał na ludzi małe, choć cholernie upierdliwe wypadki. A to komuś urwało się ucho w dzbanie pełnym piwa, a to ptak narobił komuś na głowę, czy siekiera zsunęła się z pieńka wprost na paluszek nieszczęśnika. Za każdym razem za plecami nieszczęśnika słychać było piskliwy, szyderczy śmiech chichituna. Czasami skubaniec nie wytrzymał i rżał jeszcze przed psikusem…. i był to ostatni dzwonek by uniknąć kłopotów.

CHOBOŁD – nie mylić z germańskim koboldem, to swojski stwór rodem z Mazur. Wyglądem przypominał czarną sowę albo przerośniętego koguta. Lubił towarzystwo człowieka a jeszcze bardziej ciepło chłopskich domostw. Często siedział pod drzwiami czekając na zaproszenie. Jeśli wieśniacy przyjęli chobołda pod swój dach, wygrali los na loterri. Zabiedzony stwór szybko rósł a później pomagał swoim ludziom w pracach domowych, znosił im bogactwa i w ogóle pomnażał dobytek. No dobra z tym losem na loterii to przesadziłem, ponieważ jak już człowiek jest syty i bogaty no najczęściej się rozleniwia. Takiego delikwenta chobołd powoli lecz systematycznie pozbawiał owego bogactwa doprowadzając do kompletnej ruiny. Chobołd był też bardzo obrażalski, jak również jak na istotę ciemności przystało nie cierpiał świętych obrazów czy modłów. Czyli klasyk albo szybkie bogactwo albo zbawienie duszy…

CHOCHOŁEK – to kaszubski duch, przedrzeźniać, który najczęściej czaił się w starych ruinach, opuszczonych chałupach czy innych rozwalonych szałasach. Kiedy jakiś wędrowiec przechodził w pobliżu jego miejscówki i na dokładkę zagwizdał bądź zaśpiewał, to chochołek z miejsca przyczepiał się do takiego delikwenta. Przedrzeźniał wędrowca, robił sobie z niego jaja i doprowadzał go do szewskiej pasji. Skubaniec był przy tym tak skuteczny, że czasem wszyscy mieszkańcy prześladowanej przez niego wioski, mieli serdecznie dość. Szyderca niezwykle celnie piętnował i ośmieszał ludzkie wady, głupie nawyki czy inne dwulicowe zachowania. Taka ciekawostka, zawsze znajdą się jacyś trefnisie i inni kawalarze, zazwyczaj obierali sobie za patrona właśnie chochołka:).

CHOLERA – personifikacja strasznej zarazy czyli demon chorobowy. Najczęściej przybierał postać wysokiej, chudej, ubranej w biała koszulę kobiety. Kiedy ludzie wyrządzali sobie krzywdę, to cholera odczuwała to jak smaganie biczem. Kiedy ból stawał się nie do zniesienia zaczynała swój taniec śmierci… no dobra pierw pod karą strasznej śmierci gramoliła się na plecy jakowegoś wędrowca. Następnie kazała się po okolicznych wsiach i miasteczkach. Kiedy cholera podnosiła lewą rękę to ludzie padali setkami, w drgawkach i trawienie gorączką. Prawej ręki sama się bała… Niekiedy demon jeszcze przed zesłaniem epidemii pojawiał się co bardziej pobożnym i prawym gospodarzom we śnie. Ostrzegał by jak najszybciej opuścili dane miejsce, bo niedługo zamieni się ono w cmentarz…

CHOROBNIK – to demon słabości, który pod postacią proszalnego dziada, ukazywał się we wsi, by roznosić tam zakaźne choroby. Kiedy miał się pojawić, niebo zasłaniały ciężkie chmury, siąpił deszcz, później była mgła słońca nie było widać i w ogóle pogoda do bani, tak że tylko deprecha dopadała. Właśnie wtedy chorobnik wypuszczał trujące mgliste wyziewy. Każdy kto znalazł się w ich zasięgu niechybnie ciężko zachorował… i może wyzdrowiał… a może nie. Chorobniki, miały również swoje żeńskie odpowiedniki – chorzyce. Wieść niesie, że były jeszcze gorsze od swoich “mężów”. Uwaga będzie seksistowska uwaga – baby mające gorsze charakterki od chłopów, no kto by się spodziewał!

CYCOCHA – nie jest to tytuł filmu dla dorosłych, a kolejny demon zwany jako…eee… żelazna baba. Była prawdziwym postrachem urwisów łasych na cudze owoce z sąsiednich ogrodów i sadów. Kiedy złodziejaszek napychał się jabłkami czy innymi gruszkami, zjawiała się przed nim kompletnie goła kudłata baba! Nie wiadomo czy potencjalny nieszczęśnik był bardziej przerażony czy zdziwiony, zresztą nieważne bo od razu dostawał w łeb od baby… żelaznym cycem. Jeśli zamroczony dzieciak próbował jeszcze uciekać, chwytała go na zawieszony na łańcuchu zardzewiały hak i przyciągała do siebie, normalnie jak Scorpion z Mortal Kombat! Swoją ofiarę ładowała do wielkiego moździerza i tłukła na krwawą papkę, którą później ze smakiem wcinała. Jaki z tego morał… nie chodź dzieciaku na szaber do cudzych sadów!

CZETLICE – to piękne i strasznie okrutne istoty zamieszkujące morskie głębiny takie trochę syreny. Władała nimi królowa Jurata – dziewica o sercu zimnym jak woda w Bałtyku. Jej to kaszubscy rybacy składali ofiary z ułowionych ryb, by choć trochę ułagodzić gniew zimnej, oślizgłej królowej. Kiedy była niezadowolona z darów, wysyłała na łowy swe poddane. Te podpływały do łódek rybackich i zaczynały śpiewać. Nie były to pieśni z głębokim przesłaniem artystycznym, ale nie oto chodziło. Widząc za burtą śliczną półnagą pannę o długich włosach, śnieżnobiałej skórze i kusym stroju z rybich łusek… chłopom się żądza na mózg rzucała, a oni rzucali się w odmęty morskie. A tam już nie było tak słodko, bo uścisk kobiecy ramion zmieniał się w łamiący żebra ścisk imadła. Jak zawsze otrzeźwienie przychodzi za późno, o czym przekonał się nie jeden nieszczęśnik idący na dno… jako pokarm dla rybek. Jaki z tego morał płynie…hmm.. gdzie rządzą żądze, tam ja nie rządzę… czy jakoś tak w tym porzekadle było:).

CZUHAJSTER – To człekokształtny olbrzym, który na golasa przechadzał się po bieszczadzkich lasach. Całe ciało miał porośnięte czarnym bądź białym futrem chroniącym go przed chłodem. Czuchajstry chętnie pomagały Homo Sapiens, uczyły ich jak przetrwać w górach, chroniły stada owiec i w ogóle ostrzegały przed niebezpieczeństwem. W zamian pasterze robili z stworami wymianę barterową czyli zostawiali im drewno na opał czy strawę. Czuhajstry lubiły głównie kleik czy inny grysik, ponieważ próchnica tak zżarła im zęby, że nic twardszego nie jedli. Podobno w ich menu znajdowało się miękkie mięsiwo innych… demonów, takich jak miawki i boginki. Właściwie czuhajster był niebezpieczny dla człowieka w jednym przypadku, jak chciał sobie… potańcować! Porwany w tany człowiek kręcił się dopóki nie postradał zmysłów i zaliczył zgona… wiekuistego.

Kolejne części w przyszłym roku, mam nadzieje że będą pojawiać się częściej. Mam nadzieje, że czytającym też się podoba, jak zawsze czekam na opinie, komentarze. Pozdrawiam serdecznie i Szczęśliwego Nowego Roku:)

Garść literatury:

  1. W. Gaj-Piotrowski, Duchy i demony, Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Wrocław 1993.
  2. A. Gieysztor, Mitologia Słowian, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982.
  3. L. Siemieński, Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie, PIW, Warszawa 1975.
  4. P. Zych, W. Vargas, Bestiariusz Słowiański Cz. I i II, BOSZ, Olszanica 2017.
  5. Wiedza własna… i interpretacja:)
(Visited 39 times, 1 visits today)
Close